wtorek, 2 czerwca 2015

Muffiny goryczy

Anna: Irytuje mnie, że mamy milion rzeczy na głowie, dorzuca się nam problemów, a do tego olewa."Dorośli" czyli rodzice myślą że jedyny kłopocik, jaki mamy to kawa czy herbata, oraz uważają nasze bolączki za "co ty wiesz o problemach".

Paula: Zauważ, że nasze problemy stają się problemami dorosłych, bo same jesteśmy już - nomen omen, sorry – DOROSŁE, więc to jest ich problem, że tego nie zauważają.

A: Mimo wszystko uważają, że nie wiemy, co to problemy, bo jakież możemy mieć. My, DZIECI. I to ciągle jest tak: „oj, czym ty się martwisz”. No, jakoś się martwię.

P: Aczkolwiek moi to już nie są tacy i oni już wiedzą, że jednak się martwię i mam coś do powiedzenia.

A: Jak nie napiszę magisterki to nie będzie pracy, nie będzie pracy to nie będzie pieniędzy, nie będzie pieniędzy - będzie most… I jeszcze ta presja.

P: Masz być kimś, i zrobić coś koniecznie, bo wszyscy tak robią.

A: I ten odwieczny problem posiadania dziecka, nieważne, że facet jest ledwie ćwierćinteligentny, ale matka znajdzie w nim zaletę. Liczy się to, bym tylko miała faceta. I jeszcze teraz Alicja mi mówi że ciąża, przecież jak matce powiem to umrę, no koniec życia. Przecież jak to, jak już Alicja, to ja też muszę. A nawet jak nie powiem, to przecież i tak w końcu sama powie, albo z brzuchem przyjdzie. No nie da się nie mówić o tym do końca świata. Misiek ma jeszcze gorzej, bo to on facet, to niech się oświadcza, czemu się nie oświadcza, niech zakłada rodzinę, bo matki-ciotki-babcie chcą.

P: Wiem, że moi by chcieli. I co z tego. Ja też bym może chciała, ale chcenie a manie to dwie różne rzeczy. Jeśli nawet nie będzie to ktoś z marzeń, to niech to przynajmniej będzie ktoś ciekawy, a nie flaki z olejem... pierwszy lepszy chłopek roztropek... meh!

A: Przecież szlag człowieka może… I jeszcze ci babcia powie, że za ich czasów nie patrzyli się na pieniądze. Ta no gratsy. I pod most.

P: To były inne czasy. Wtedy tak można było sobie bambić, bo to była jedna z najlepszych opcji dostępnych W OGÓLE. Nie było wiele więcej ciekawego do roboty. Kobieta osiągnęła pewien wiek, jak nie miała naprawdę świetnego zajęcia, no to... co innego?

A: Kiedyś nie mieć męża - to tylko zakon. Ale teraz single sobie żyją na normalnych prawach, i teoretycznie nikt nie gnębi… Mnie gnębi mama, „żeby chłopaka”, o dziecku nie mówi ostatnio, ale w święta ciotka jęczała z babcią. Ale i tak presja, że facet, "patrz jak baby walczą o swoje". Ale ja walczę o swoje, tylko że dla mnie to przyjaciele, praca, a nie facet. I też potem Madzia nasza kochana mi gada, ze ja mam cel życiowy zostać stara panną, jakby to była faktycznie jakaś porażka życiowa. A dla mnie to nie jest powód do wstydu. Jakby był facet TAKISUPER to bym też nie płakała, ale moim celem w życiu jest zostać sobą i być szczęśliwa, a nie być z facetem pt. byleby być.

P: W pełni zgoda i jak tylko mi coś zaczynają, to ja zaczynam syczeć i oni wtedy się zamykają.

A: U mnie to nie działa, ja mogę syczeć i nawet afery robić. Efekt: "ale co on ci zrobił...?" Odpowiedź: np. nie jest kimś innym! Ewentualnie po prostu żyje i wdycha moje powietrze i mi je zatruwa. I jeszcze magisterka. Przyszła matka chrzestna, to jej mąż mi powiedział do mnie, że on będzie mnie pilnować, żebym napisała.

P: Niech ci kamery zainstalują w domu, i program w komputer wgrają, żeby liczył słowa napisane każdego dnia. Inwigilacja z rana jak śmietana.

A: Weronika miała DWA lata na napisanie, zajęło jej to 2,5 roku. Ja mam rok i wszyscy mi gderają, że ile można. Robią taką aferę, jakbym nie miała możliwości pisania tego dłużej. Bo nie wiem, wstyd chyba, czy coś.

P: Zawsze przypominaj im, ile zeszło Weronice.

A: Ale „ona ma gorzej”. Jej praca to nie moje humanistyczne lanie wody, tylko trudne, ciężkie rzeczy.

P: TO ONA TAKA ZDOLNA I GENIALNA i ma gorzej? Jakby była zdolna i genialna, to by napisała w rok, o ile nie w pół!

A: Ale promotor jej przeszkadzał.

P: Twój promotor też Ci przeszkadza, ale Ty jednak coś tam piszesz i sądzę, że napiszesz szybciej niż ona.

A: Teraz mi mówi, że nie powinno być u nas problemu ze zmianą promotora, bo u nich to się mówi, że się zmienia i voila, zmieniony.

P: Czekaj, czekaj, czy czasem przed chwilą nie mówiła, że promotor jej przeszkadzał w pisaniu pracy? A więc mogła zmienić? Pogubiłam się już. Ach te genialne umysły, ciężko je objąć rozumem takim małym jak mój. Wracając, promotor ma być przykleszczony do ciebie do końca? Stwierdzasz, że ci nie pomaga, zmieniasz na kogoś innego. Logiczne. I to jeszcze za TAKIE KASE.

A: Muszę najlepiej to napisać, nie ma bata, nawet z nim.

P: Tak jest, bo robisz to, co najlepsze dla Ciebie, nie dla ciotki, Weroniki, nikogo innego.

A: No i jeszcze czasy nie wiecznego studenta, a wiecznego stażysty, nie wiesz kurde ile tego musisz przepracować, żeby nic z tego nie mieć, bo ciągle tylko ale na 3 miesiące.

P: Z tymi stażami to jest cholerny kosmos w tym kraju. Żeby dostać się na etat musisz a) wypruć sobie żyły b) mieć znajomego który cię tam polecił c) wypruć sobie więcej żył. Bo jeśli masz do dyspozycji tylko opcje a) i c), to hehe sorry, dzięki, odezwiemy się do ciebie na pewno!

A: ODDZWONIMY!!!1 Człowiek musi wszystko, ale nikt nie zauważa, że ja też mogę być zmęczona. Łóżka nie pościelę raz i afera, jakbym zasyfiła pół Warszawy.

P: Wiadomo że trzeba pomagać, ale czasem jest przesada.

A: Hania uważa, że na świat się nie pchała.

P: O to to.

A: Można pomóc na ile samemu się chce. Podczas ostatniej wizyty, lekarka mi mówiła, że ja za dużo od siebie wymagam, i ze powinnam więcej odpoczywać… A nawet połowy nie wie, co ja muszę.

P: Poza tym rodzice nie stają się młodsi i niestety coraz częściej bywa tak, że najnormalniej w świecie trzeba pomóc.

A: Dokładnie!

P: Jak np. leżą chorzy, bo przeziębienie albo coś, to kto ma wszystko w domu zrobić? Pies?

A: A że my poumieramy w wieku 50 lat z wykończenia #cotokogo.

P: I "oh, jaką mam dobrą córkę" "Tak mamo"- powiedziałam, biorąc kolejne prochy na bóle.

A: Albo wylądujemy w Tworkach.

P: Ja chcę nad morze ;/

A: Noo i gdzieś daleko.

P: Tak daleko, najdalej.


wtorek, 14 kwietnia 2015

Będę grała w grę!

Anna: Wkurza mnie trochę, że faceci marzą o laskach, które lubią grać w gry komputerowe. Ale jak już taką poznają, to jest zwykle "ta jasne, na pewno nie, weź ryj laski nie grają”. Tak samo jest jak ja mówię, że "chodźmy na kebsa". I potem jest takie myślenie: "Na to chcesz poderwać faceta? A potem co, zmusisz do jedzenia jakiegoś króliczego jedzenia!"

Paula: Tak jakbyśmy my dziewczyny nie zasługiwały na jakieś porządne granie na kompie. Dziś sobie tak myślałam: chciałabym choć przez godzinkę sobie pograć, tak jak kiedyś. Może bez fajerwerków, bo zwykle było tak, że miałam najgorszy, najwolniejszy sprzęt i nie mogłam odpalić jakichś tam superduper gierek ze świetną grafiką, ale zawsze była frajda.

A: Ja zawsze miałam tak, że to Miś (mój brat) przecież kupował czy pożyczał od kumpli, i tylko mogłam patrzeć, ale uwielbiałam to. Przy okazji mogłam podkraść piwo i jakieś chrupki, porozmawiać.

P: Też było jedzonko i picie przy graniu, strasznie przez to się pasłam, więc może to jest jedna zaleta tego, że nie mam teraz jak.

A: Pewnego dnia dostałam do grania Settlers IV, to było coś, kochałam to. I Heroes też!

P: Hirołsi <3333 Najlepsza gierka swoich czasów, każda część. A przynajmniej do części piątej, bo do tej grałam. :P Moja pierwsza gierka to była Diablo 2, do tej pory ją mam zainstalowaną i czasem pykam, bo ma małe wymagania. Potem różne RPGi, trochę mniej strategiczne, denerwujące mnie gry typu Warcrafty, ale trochę na tym życia też straciłam.

A: Pierwsza taka tylko moja, nie licząc Raymana czy jeszcze jakichś tam gierek. O! Miałam Koziołka Matołka, ostatnio próbowałam go odpalić, bo śmiechowe było, ale nie działało. Potem Robin Hooda, Ghost Masters i Sheep, które kochałam przez lata. Potem też Settlersi, Heroesi, Sąsiedzi z piekła rodem (niestety zgubiłam płytkę, byli świetni). ale potem to się zaczęło trochę brak czasu, i tyle co tam pykałam trochę z Misiem w Komandosów, Diablo, GTA... Nawet nie pamiętam, co on tam jeszcze miał. Chętnie bym grała… Pamiętam jak były grał w WoWa i mi dał, a masz babo, nie minęła chwila i trafiłam na jakiegoś robala i spanikowałam, co kosztowało go życie... xD

P: Ohh WoW. Mój najulubieńszy MMORPG. Byłam zawsze Nocnym Elfem, bo lokacja startowa była najpiękniejsza, magiczny las pełen szeptów, i ta muzyka...

A: Gry są spoko czasem dla samej muzyki.

P: Tam w sumie można było nic nie robić, tylko łazić po lesie i słuchać muzyki, i podziwiać krajobrazy, ewentualnie wpaść do miasta, by skoczyć z jakiegoś wysokiego budynku na główkę i zamieniając się w fokę popływać.

A: O i w Wiedźmina grałam, ale nie miałam na własność. To też moja życiowa tragedia - brak netu. Co z tego, że chcę sobie coś kupić, jak i tak tego nie ściągnę, albo nie zagram. Dziesięć minut i żegnam, limit się wyczerpał. Jak mogę być gamerką, jak nie stać mnie na gry ani internet. Poza tym jeszcze tony książek i jeszcze więcej ton obowiązków. I kot na klawiaturze.

P: To zawsze był ciężki wybór: gry czy książki. Ja już dawno porzuciłam marzenia o byciu... no właśnie, kim? Graczką? Widzisz, nawet nie ma w języku polskim jakiejś ładnej, żeńskiej nazwy na to.

A: I jeszcze fajne filmy są, i znajomi, i kucharzenie... Gdzie tu czas na gry??

P: Sprawdzam, czy ciągle mam te swoje Wiedźminy... mam, więc w razie czego można pograć.

A: Dobra, będę pamiętać. Ty pamiętaj o tym, że jak się spotkamy, to robimy sobie camemberta i wino i wtedy pogramy w Wiedźmina xD

P: Spoko, możliwe, że to byłby najlepszy grany Wiedźmin ever ;) Zagrałabym w coś w ogóle, tak, że o matko, to gorzej niż z alkoholem u mnie. Gdy ktoś zapyta „what's your poison” to ja odpowiem „games” bo wolałabym się zagrać niż się upić. Mam też dużo save'ów by mieć jakiś spis gier, w które grałam. Ostatnio gdy przeglądałam ten folder znalazłam jakieś gry, których już kompletnie nie pamiętam, a mam save'y, więc w jakiś sposób były miodne.

A: Też mam takie gry, które po latach znajdę, czy save’y czy ktoś coś przypomni i nagle „o rany ale bym zagrała” – jakiś czas temu kuzynka mi przypomniała o takiej grze… Neverhood. To takie plastusiowe wspomnienie dzieciństwa :D

P: Mam takie wrażenie też, że gdybyśmy grały w jakieś nowe gry to by nam się nie podobały. Chodzi mi o ostatnio modny efekt nostalgii, czyli wszystko co dobre, już było, a to co nowe jest be i jest papką dla gimbusów.

A: To co kiedyś, podobno zawsze jest lepsze. Poza tym, kiedyś nie grafika była ważna, a całość, to że ta gra była czymś wyjątkowym, a nie że klik-klik i grasz.

P: Kiedyś była na to masa czasu. I cała ta BAZA: biurko-komputer-kawa-ciastko-zgaszone światło, a nie jakiś tyci ekranik smartfona w świetle dziennym, w autobusie. :P

piątek, 6 marca 2015

Snobizm po polsku

Ania: Pamiętasz Magdę? Tę Magdę, co jej rodzice są super bogatymi biznesmenami?

Paula: No pewnie, że pamiętam.

A: Czytam teraz w ramach pracy na stażu o tej akcji Wittchena, który w październiku zeszłego roku wrzucił drugi raz torby po promocji do Lidla i jaka to wielka afera z tego była… I tak ona mi się przypomniała. Połowa komentarzy do artykułów o tym jest autorstwa „typowej Madzi”... Patrz, wrzucam je oczywiście z oryginalną pisownią:

Mam tylko dwie torebki, jedna czarna Prada £1700, a droga D&G £1560. Niepotrzeba mi sie bic za torybkami z Lidla.”, „Ja bym wolała od Prady nawet jeśli by robiono w kosmosie niż Witchena robionego gdziekolwiek. Tak już mam.”, „Hermes to są prawdziwe torebki, a Wit... coś tam? No cóż.”.

P: Można zakładać, że to trolle, ale serio, znając Madzię to przecież 100% ona.

A: Oh i to:

Wstyd mi za kobiety a jestem kobietą, po co komu taka torebka, która jest już niemodna? – Madzia? Madzia to ty? Serio nie rozumiem tego. Ok, fajnie panienki że was stać (w większości stać... waszych rodziców) i no gratsy, ale cholera no! Są ludzie których nie stać. Serio! Świat nie jest różowy.

P: Nawet nie jest czarno biały, ma więcej odcieni szarości niż twarz Greya we wszystkich trzech tomach. To muszą być bardzo szczęśliwe osoby, skoro wielkim problemem dla nich jest cena torebek. Naprawdę, zaprawdę – chciałabym mieć takie problemy.

A: Czekaj, kolejne komcie:

Też nie lubię pospolitości, wolę nie mieć niż mieć to co wszyscy, zwłaszcza żule z lidla -> jestę żulę z Lidla! <3

Jak z pod Wyszkowa przyjeżdża się do W-wa za 1300 zł netto to jak to nazwać . Wieśniaki czy ślimaki . Dojazd 400 zł autem i do łapy 900 zł na to się godzimy jesteśmy jak trole w smole bałwanki . oho spoko, bo pan zarabia 84758493768978347693743 PLN, ja rozumiem, że śmieszą go te „polaczki-cebulaczki”, co zarabiają głodowe pensje, bo przecież mogliby zażądać więcej. Smutne to jest. Wkurzające.

Cudowne:

Ale cyrk. !!! od dawna wiadomo że do marketów typu Lidl, Biedronka zarówno jak odzież i akcesoria rzucane jest gowno od markowych producentów Co za ludzie, Haha

Tylko, że nikt nie zauważy tego, że u „markowych producentów” jest same-same, ale ze śliczną, niedającą się wyciąć metką + 10x przebicie cenowe. Nie mówię o wielkich markach, u takiej Prady to ok, pewnie jest lepiej.

P: Poza tym, co to ma być. Ocenianie na postawie metki, ceny ubrań…

A: Ja obcinam wszystkie metki, bo mnie drapią jak nienormalne! Do krwi nawet ;P
Pamiętam, w liceum mieliśmy taki akademik, który był dofinansowywany z jakiejś tam instytucji, i tam były dzieciaki z całej Polski. Raczej nieszczególnie bogate, odrzucone przez klasę, bo fu, bieda. Ja i moja ekipa się z nimi zaprzyjaźniłyśmy, to byli super ludzie, mądrzy, pomocni. ALE NIE MAJĄ DROGICH CIUCHÓW, frajerzy!

Niedawna fashion victim. TO jest PIĘKNE??? Seriously?
P: Te komentarze, które wypisuje ta typowa Madzia, która życia nie zna, nie wie nic o normalnym życiu, a jej idolkami są wychudzone, po ostatni piksel wyfotoszopowane szczapy łażące po wybiegach – one pokazują innego typu biedę, biedę w postaci pustki w głowie... Kariera modelki nie trwa wiecznie. Kończy się i nagle jest ta bolesna rzeczywistość – zostają same. Bo przecież ich „przyjaźnie” są na pokaz. Jedna drugą najchętniej by zrzuciła ze schodów, byle sama mogła zyskać większą sławę.

A: I podejście do życia, że „się należy”. Bo tak. Pracować normalnie to nie, bo nie wiem, można sobie paznokieć złamać, albo rączki pobrudzić, więc rodzice muszą dawać. A co, jeśli rodzice  straciliby pracę? Albo - odpukać - umarliby? Przecież takie cudeńka nie wiedziałyby, do kogo iść, jakiś prawnik coś… no nic.

P: I jak to nie mogę sobie kupić torebki za 2k? Przecież ja chcę i mi się należy!

A: A my? My chcemy mieć tyle kasy, by móc wspomóc rodziców, żeby mieli godne życie na emeryturze, a nie żeby musieli liczyć każdy grosz. Ale to nie do pojęcia dla takich panienek. One nie rozumieją, że są inni ludzie, że rodzice, że coś. ONE. Są tylko ONE.

P: I jeszcze ta moda. Nieważne że niewygodnie, ze zimno że mokro. Ważne że MODNIE. „o matko, przecież ta kurtka była modna w POPRZEDNIM SEZONIE.” I mina, jakby trędowaty ją dotknął.

A: Ty wiesz że te crocsy, co były w Lidlu to ponoć towar luksusowy?

Produkt jest luksusowy kiedy jest rzadki. Od kiedy w lidlu pojawily sie chodaki crocsy, to majac podobne od roku zaczalem slyszec "w lidlu kupiles?" To samo z torebka. Kto chce torebke w ktorej chodzi pol wsi?

P: I po co komuś coś takiego? Nawet w ogródku się w tym nie pochodzi. Nie mówiąc o przekopywaniu ziemi czy coś… Na miasto w życiu bym w tym nie wyszła, paskudztwo gorsze od emu!

A: No ale wiesz, MODNE nie znaczy PRAKTYCZNE... ani nawet ŁADNE

P: Och, no tak. Ileż ja jeszcze muszę się nauczyć o życiu.
To są crocsy. TAK właśnie "wyglądają" na nogach. Nie polecamy

A: No i nie wiem w czym problem, ja nie mam bólu, że ktoś ma coś takiego samego jak ja. Ostatnio nawet przecież polowałyśmy na takie same buty :P

O, albo to: takie promocje mające na celu upodlenie Polaków są żałosne i lidl stracił w moich oczach resztki szacunku. Moja noga tam nie stanie mimo sympati do pan Karola Okrasy i jego przepisów. – upodlające jest że Lidl robi promocje, czy że ludzie zachowują się jak się zachowują?

P: Wolę już być tym „upodlonym Polakiem” niż upadlać swój honor i portfel poprzez bezsensowne wydawanie tysięcy złotych na jakieś szmaty, ale też przez bieg przez (ludzkie) przeszkody do celu (półka z promocyjnym towarem). Ja pasuję i świat mi się od tego nie zawali.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Kolorystyczne problemy prezentowe

Ania: Bliski mi Bąbel niedługo obchodzi 3 (!taka duża!) urodziny. Czas więc, by ciotka, czyli ja, poszukała jakiegoś prezentu. Weszła więc ciotka na stronę www sklepu z wszystkim dla dzieci (bez podawania nazw, bo problem o którym chcę pisać nie tyczy się tylko tego sklepu, ale każdego). Zabawek, ubranek, cudów wianków całe stado, sama bym chętnie dla siebie kupiła połowę - szkoda że a) w ubranka bym się nie zmieściła, b) nie mam tyle kasy ;P No i wpadłam na taki genialny pomysł, żeby kupić coś oryginalnego,  zamiast kolejnego pluszaka. Zaczęłam przeglądać zabawki - a tam co fajniejsze (głównie samochody, „zestaw małego mechanika") są przeznaczone tylko dla chłopców. nie dla dziewczynek i/lub chłopców. i tu mam takie pytanie. Co się stanie jeśli wymarzony przez Ciebie „zestaw małego drwala" kupię dziewczynce?

Paula: Ach, gdyby tylko cofnąć czas... A cóż niby ma się stać? Będzie się bawić, oczywiście jeśli jej się spodoba.

A: Po coś są te płcie przypisane. Po co? Jak kupię dziewczynce ten zestaw mechanika, to się zmieni w chłopca? A co się stanie, jeśli różowiutki zestaw małej gosposi (ewentualnie fioletowy, innych niet niebudziet) kupię chłopcu? Będzie od tej pory dziewczynką? ;P

P: No nie…

A: To jak Bąblowi gryzak kupowałam, gdy ząbki rosły, to wybrałam jeden w kształcie auta i powstała następująca sytuacja:
Pracownica w sklepie: „ohh, a ile ma chłopiec?, to mogę doradzić, które.”
Ja: „to nie dla chłopca, tylko dla dziewczynki”
Pracownica (pełna oburzenia): "dla dziewczynek są na wieszaku obok!"
Ja: „a co się stanie jak dam dziewczynce z wieszaczka dla chłopca? Umrze, czy zmieni się w chłopca?"
Cisza. I nadal pełna oburzenia mina, w końcu wiadomo co się stanie, zje ją potwór dżęder.

P: Tak jak mnie, bo bawiłam się lego, samochodami i pociągami.

A: Jaki jest cel przypisywaniu płci dziecka do zabawek?


P: Od zawsze tak było, że konkretne kolory są kojarzone z płcią, tyle że teraz te "granice" się zacierają.
Źródło: metro.gazeta.plimages.dailydawdle.com

A: I co złego jest w tym, że kupię dziewczynce samochodzik, albo niebieską, a nie różową bluzkę?

P: Będzie się wyróżniać wśród koleżanek?

A: No i co? To chyba nic złego. Rozumiem że małemu dziecku nie daje się jakichś zabawek, bo są małe elementy, a dziecko wszystko pcha do gęby, może połknąć. Duże zaś nie będzie się bawiło grzechotką, bo nuda.

P: Ale pomińmy kwestie wieku, moim zdaniem oczywiste jest rozgraniczenie wiekowe. Ale: dlaczego chłopcu tak trudno kupić zestaw gosposi [sic!!!] żeby sobie SAM sprzątał pokój? A nie tylko mamusia… Oczywiście, gdy już jest ogarnięty mniej więcej i wie do czego służy mop i miotła.

A: Zestaw "kucharki" jest dla dziewczynki, bo chłopiec w kuchni? Jak to, pfff. A dziewczynka mechanik? PFFF.

P: Dziwi mnie jeszcze, że sprzedawcy w sklepach robią za wyznaczniki i jakieś nie wiem, guru. Może oni/one chcą być mili i sympatyczni itd. i przez to generalizują, myślą, że "kolejna pani, kupuje zabawkę Autko, to pewnie ma chłopaczka"… I to taki schemat. A jeśli tylko coś się nie zgadza z tym standardem, coś w nich pęka i może się zrobić niesympatycznie, a Tobie od razu ciśnienie rośnie.

A: Ale jak powiem że "to ma być dla dziewczynki" to nie powinna mieć w odwecie oburzenia, tylko „aha ok, a ile ma?”

P: Profesjonalizm, a nie fochy… Ja nie wiem, jak moi rodzice kupowali mi samochodziki kiedyś.
Ciekawe, czy ich też sprzedawcy obrzucali takimi dziwnymi spojrzeniami, A NIE sorry nikogo to chyba nie obchodziło!

A: Kiedyś nikt się nie przejmował. Moja kuzynka zawsze wolała niebieski i nikomu to nie przeszkadzało, ja wolałam zielony i też ok.

P: A teraz robi się z igły widły. Jest większa świadomość [NIBY] ale nie wiem czy to wszystko wychodzi na dobre, jeśli chcemy mówić o równoważności płci… bo ci wyskoczy jakiś "autorytet" z super ekspresu czy frondy, zacznie gadać kretynizmy, ludzie to masowo oglądają i potem gadają, że "potwór dżęder".

A: OK są pewne różnice płciowe, ale myślę że chłopiec bawiący się lalkami co najwyżej w przyszłości będzie dobrym tatą itd.

P: No dobra, tylko czy Bąbel bawiłaby się zestawem małego drwala, ciekawi mnie to, tak serio-serio?

A: Nie wiem czy małego drwala, ale myślę że mechanika to tak. Niestety mnie nie stać żeby sprawdzić ;P ale wiem że bardzo lubi samochody… A mój brat jak był bąblem, to podkradał mamie garnki!

P: Piekł ciasto z błota?

A: A nie wiem :D ale lubił pomagać w kuchni, zresztą do tej pory robi świetną pizzę.

P: No i świetnie. Jakoś wyszedł na ludzi, nie?

A: No raczej… a wiesz, klocki lego też są przypisane dla chłopców. Nie ogarniam.

P: CO. Żartujesz. Myślałam o tym właśnie, ale uznałam, że to za głupie, bo przecież te klocki są uniwersalne. Powiem Ci, jak na nie patrzę, to przypominam sobie, gdy byłam mała i patrzyłam na reklamy tych klocków i za każdym razem robiło mi się przykro, że te najlepsze zestawy są „dla chłopców”. Byłam przekonana, że byłoby mi nie wolno bawić się takimi. Do tej pory mam traumę. Oznaczenia genderowe powinny zniknąć! Tak jak w Szwecji:


Źródło: sfora.pl
A: Pojawiają się już takie typu „chłopiec/dziewczynka”, albo bez oznaczenia. Szkoda że wciąż jest ich tak mało… ;/

P: Nie chodzi o to, by na siłę ubierać chłopców w różowe sukienki, a dziewczynki zmuszać do zabawy quadami, tylko, żeby każdy się martwił o siebie i żeby żaden sprzedawca nie mógł nam sugerować, co chcemy / powinniśmy kupować dziecku.

A: O to to! Dokładnie. I żeby był wybór w kolorach większy. Bo ja tak bym chciała kupić zieloną sukieneczkę na te 3 urodziny ;C

niedziela, 18 stycznia 2015

Szpinak z makaronem i suszonymi pomidorami (PRZEPIS)

Kochani! Mamy drugą połowę stycznia, co oznacza zwykle jedną rzecz. Jest ona nieunikniona i dotyka każdego studenta - potwór zwany sesją dopadł Anię i skutecznie ją męczy, nie pozwalając jej należycie skupić się na blogu. Ale to niedługo minie i będziemy pisać częściej :) A z racji tego, że za oknem szaro, buro i ponuro, chcemy Wam dzisiaj zaproponować wiosnę na talerzu i niebo w gębie! 

Potrzebne będą:


> łyżka masła (to ma być masło, margaryna fuj. Oliwa nie. MASŁO)

> 2 średnie cebule
> 3 ząbki czosnku
> torebka szpinaku mrożonego (szpinaaak <3 #omnomnomnom <3)
> pomidory suszone z kaparami ~70 g mniej więcej (odsączone z oleju) (kapary fuj, pomidorki mogą być kupione bez oleju - polecam)
~80 g sera (nie ma czegoś takiego jak ZA DUŻO sera)
> sól (w tym trochę ziołowej)
> pieprz
> makaron tricolore, lub penne, albo tagliatelle

Przygotowanie:

Najpierw gotuję makaron i zostawiam na durszlaku, żeby sobie obciekał.

W garnku na średnim ogniu rozpuszczam masło i wsypuję cebulę, mieszam chwilkę, by zmiękła, a potem na to wrzucam zamrożoną bryłę szpinaku. Ogień zwiększam odrobinkę.


Ja to robię na patelni, nie w garnku :P

Oj tam. Dla mnie nie ma różnicy, jeśli chodzi o tę potrawę. Na sitku staram się odsączyć z oleju pomidorki suszone, potem je kroję na mniejsze kawałeczki i wsypuję do rozmrożonego szpinaku. Dodaję pokrojony czosnek.


Ja wyciskam czosnek przez praskę ;)

Może być praska, ja wolę kroić. Mieszam wszystko i doprawiam, jednocześnie trąc ser na tarce.


Ser... to brzmi jak miłość!

Na samym końcu, przy już zgaszonym ogniu wsypuję ser, który się momentalnie roztapia i tworzy piękną zielonkawo-czerwoną brejkę gotową do wsuwania z makaronem! <3


Wydajność: dwie kobiety się full nażarły i jeszcze zostało na jedną pełną porcję.


Do mnie nikt nie przysłał, musiałam sobie sama jeść robić.

Następnym razem zamówię kuriera specjalnie dla Ciebie. Zdjęć tej pyszności nie robiłam, gdyż zawsze głód jest silniejszy od wszystkiego innego. Jestem po prostu uzależniona od szpinaku i muszę zjeść go przynajmniej raz w tygodniu.


Każdy wie jak wygląda szpinak, nie każdy wie, że jest dobry. Ja pamiętam dobrze, że moja nieżyjąca już babcia wciskała mi taką paskudną breję. Tak jak kuchnię babci zawsze wspominam jako winowajcę moich boczków, wspaniałą i supersmaczną, tak szpinak meh. I to co dawali w jakichś tam przedszkolno-szkolnych stołówkach. FU. W te wakacje przydybałam tatę na zajadaniu się szpinakiem, podjadłam... I koniec. Miłość. Do tego makaron, czosnek, ser! Najbliższym razem kradnę pomysł na dodanie suszonych pomidorków, mniam mniam ;D Ale kapary? Serio? :P

Kapary z tego względu, że tylko taki zestaw był w moim lokalnym sklepiku, ale też dlatego, że lubię je po prostu. Moim skromnym zdaniem kapary w małych ilościach znacznie wzbogacają smak potrawy, ale co kto lubi. Myślę, że to optymalna wariacja i mam nadzieję, że komuś będzie smakowało. :) A Ty, Ania - marsz do książek i pisania esejów! Kończ waść tę sesję!

Nie było mnie tu! ;)


Jasne, to była Twoja zła siostra bliźniaczka, który mi tu dogadywała i robiła za eksperta od patelni! Jak ją kiedyś złapię, to... to... każę jej gotować w garnku! No! ;)

piątek, 9 stycznia 2015

Osładzaj sobie życie bezkarnie, czyli gadamy o stewii

Paula: Wiesz, że jestem fanką zdrowej żywności i staram się unikać konserwantów oraz zbędnych kalorii... Zakupiłam niedawno w Rossmannie opakowanie stewii...

Ania: To to coś czym słodzą nową colę? Ponoć ma mniej kalorii i jest ok.

P: No tak, z tym że stewia sama w sobie jest w ogóle pozbawiona kalorii, a co najważniejsze jest znacznie słodsza od cukru. Nie podwyższa też poziomu insuliny we krwi i jest pochodzenia naturalnego! Roślinki rosną sobie w Ameryce Południowej, ale można sobie też wsadzić własną stewię i hodować. Do tego punktu pewnie kiedyś wrócę. ;)

Źródło: StressFree - Inspiracje do lepszego życia
A: Niewiele słyszałam o stewii, może się nie interesuję, ale nie jest to chyba zbyt popularne?

P: Dlatego, że Unia Europejska dopiero w 2011 dopuściła stewię do użytku jako bezpieczną na zdrowia. Jako ciekawostkę podam Ci fakt, że w Ameryce dopuszczono ją w...2008 roku, najprawdopodobniej po lobbingu Coca Coli i Pepsi-Co... Co do popularności, no cóż, stewia jest droga! Ja kupiłam w promocji – 150 g za niecałe 13 zł. No i są różne postacie produktu – proszek, kapsułki, fluid... Moja jest w proszku.

A: No ok, ale jak ta stewia w ogóle wygląda? Jak smakuje w porównaniu ze zwykłym cukrem?

P: Pośliniłam dwa palce. Na jednym wzięłam kilka kryształków cukru, na drugim kilka „kryształków” stewii. Cukier wiadomo – możesz jeść i jeść, jesteś przyzwyczajona do tego smaku, jesz go jak koń. Stewia za to... inaczej reaguje z moimi kubkami smakowymi. Jest słodka, ba! Słodsza od cukru, ale pozostawia inne wrażenie na języku, jakby mi się na nim rozpuszczała i odrobinkę musowała. Czuję, że to coś innego, aczkolwiek nie jest to paskudztwo typu aspartam czy inne chemikalia.

A: Jak Ci smakuje Twoja ulubiona kawa posłodzona stewią? Mam takie skojarzenie, że smakuje to trochę trawą, albo zbożem, albo czymś w tym rodzaju...

P: Heh, nie. Dementuję. :) Kawa słodka, a jakże. Dało się to pić, nie powiem. Natomiast jest różnica, czujesz ją. To było dziwne, bo czujesz jednocześnie smak kawy (gorzkiej?) i tuż-tuż obok słodki smak stewii.

A: Jakby dwa smaki obok, które teoretycznie się wykluczają i jakbyś zamiast kawy z mlekiem piła kawę i mleko oddzielnie?

P: Tak, istnieją obok siebie. Nie sądzę, żeby to była kwestia dokładnego „wymieszania” składników, bo stewia rozpuszcza się w napoju natychmiastowo, z przyzwyczajenia mieszasz łyżeczką krótką chwilę. Więc z kawą – zarówno czarną mieloną jak i z mlekiem – mam ten problem, że czuję dwa smaki jednocześnie. Sądzę, że można się do tego przyzwyczaić, bo nie wali chemią. Natomiast jeśli chodzi o herbaty, to ich nie słodzę w ogóle, ale – for the sake of science – posłodziłam stewią herbatkę aroniową i tutaj muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona. Smaki się fajnie zmieszały i picie było przyjemnością.
A: Czyli dla Ciebie stewia jest lepsza do herbat, niż do kaw. :)

P: Na razie tak. Będę testować dalej. I jeszcze jedno. Gdy słodziłam cukrem, do kawy potrzebowałam co najmniej 1 łyżeczki, a najlepiej dwóch. Teraz potrzebuję dosłownie taką ilość, jaka jest na zdjęciu albo nawet i mniej. Stewia jest naprawdę słodka, co – jeśli wziąć pod uwagę też jej cenę – zapewne kwalifikuje ją jako swego rodzaju przyprawę...

A: Właściwie to najbardziej z tego wszystkiego interesuje mnie, czy można używać stewii do pieczenia ciast!

P: Po sprawdzeniu kilku przepisów na ciasta stwierdzam, że można. Maksymalna temperatura to 190 - 200C, przy czym niektóre przepisy radzą ją nawet wręcz obniżać. Jest trochę tych przepisów w internecie i gdybym miała ten piekarnik sprawny, to chętnie bym niektóre sprawdziła.

A: Domyślam się, że nie wytrzymam i jeśli trafię na stewię w przyzwoitej cenie, to będą jakieś próby w mojej kuchni. Chyba muszę zaopatrzyć się w zestaw małego chemika… :D

P: Koniecznie! :D

wtorek, 6 stycznia 2015

Pierniczkowe wspomnienia świąteczne cz. 2 (PRZEPIS!)

Obiecany przepis na pierniczki :)

Skład:
·              5 szklanek mąki pszennej
·              1 łyżeczka sody oczyszczonej
·              3 łyżeczki przyprawy korzennej albo do pierniczków
·              szczypta soli
·              ok 4 łyżek kakao
·              230 g masła
·              3/4 szklanki cukru pudru, można dodać też cukru waniliowego
·              1 szklanka miodu naturalnego
·              1 jajko
Piernikowe niebo
Paula: Znając życie to suche składniki każesz przesiać, co?
Ania: Dokładnie, one się wtedy napowietrzą (będą bardziej sypkie), a do tego ewentualne „śmieci” zostaną na sitku.
W mikserze trzeba utrzeć masło, potem dodając cukier nadal ucierać. Jak już będzie jednolita masa, należy dodać miód. Fajnie, żeby nie był „w kawałku”, ale jednak choć trochę płynny.
P: A co zrobić, jeśli mam scukrzony miód?
A: Zwyczajnie podgrzać – rondelek z wodą, w to wsadzić słoik z miodem i podgrzać, ale trzeba uważać, żeby nie zagotować. Po takiej czynności należy poczekać, aż wystygnie, wtedy można dodawać.


Olaf, Kapitan Ameryka, Grumpy Cat, Szalony Bałwan-zupełnie-bez-głowy, Loki (podejrzanie uśmiechnięty), Pierniczkowy Potwór, Iron Man
P: Co dalej?
A: Zostało do dodania jajko – miksujesz, aż się połączy. Teraz czas na suche składniki – ja dodaję tak po trochu, głównie dlatego, żeby nie mieć całej kuchni w mące :)
Kiedy już masz w miarę połączoną masę, można dalej zagnieść ręcznie, chyba że się ma urządzenie do wyrabiania ciasta (np robot kuchenny, albo jakiś silny jegomość). Taką ślicznie połączoną masę owija się folią i wstawia do lodówki.
P: Ile ma siedzieć tam w zimnie?
A: Minimum 3 godziny, ale może leżeć i całą noc. Tylko czym dłużej, tym bardziej będzie twarde – gorzej się rozwałkowuje. Chyba, że je trochę pomiędlisz w ciepłych łapkach ;)
P: Ok, wymiędlone i w miarę miękkie, nadszedł czas na wałkowanie… na jaką grubość powinno się to wałkować?
A: Ok. 3-4 mm, można delikatnie podsypywać mąką. I oczywiście nie całe ciasto naraz, tylko po kawałku.
Ja najpierw wykroiłam materiału na kilka choinek, foremkami w kształcie gwiazdek, a potem zabrałam się za inne kształty – oczywiście pełna dowolność ;) takie choinki można robić nie tylko z gwiazdek, ale i z kwiatków czy kółek… jeśli masz wizję choinki z choinek czy piernikowych ludzików, nikt nie zabroni. Najważniejsza jest kreatywność :)


Piernikowe dekoracje
P: Powiedzmy, że już wykroiłam te pierniczki, czas do pieca?
A: Tak. Oczywiście musi być nagrzany, o czym jak wiesz, na co dzień nie pamiętam, a potem mam pretensje do całego świata. Temperatura 200ºC. Ja piekłam zazwyczaj 6 minut, przez co niektóre były takie… fajne w środku, mięciutkie.


Pierniczek typu X-Face
Na zdjęciach pokazujemy część z tzw. Kolejnych. Blach. Pierniczków Ani. 
Mamy nadzieję, że zainspirujemy kogoś do tworzenia swoich własnych małych, pierniczkowych dzieł. :)
Życzymy smacznego!

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierniczkowe wspomnienia świąteczne cz. 1

Święta, święta i po świętach. Na szczęście zostały nam jeszcze pierniczki jako słodkie wspomnienia przedświątecznej krzątaniny. Dziś Wam przedstawimy słodkie cudo pt. pierniczkowe choinki - piękne ciastko, które widnieje w nagłówku naszego bloga :) 

Paula: Święta coraz szybciej się zbliżały, a Ty ciągle piekłaś. I piekłaś. Kolejne. Blachy. Pierniczków.

Ania: Tak piekłam, bo wiesz, stresy stresy, a gdzie ja rozładuję stres i naładuję baterie wytrzymałości, przecież tylko w kuchni!

P: No ta, bo Ty w kuchni się ładujesz pozytywnie, a ja zwykle z dziką rozkoszą z niej wychodzę... A u mnie się zepsuł piekarnik. I zero pieczenia.

A: Zepsuty piekarnik to tragedia jakich mało. Boże, nie przeżyłabym.

P: Na szczęście zepsuty. Chociaż z drugiej strony nawet sernik z zakalcem byłby fajny.  Ale swój... Jak Ty te choinki ozdabiałaś? Tłumaczyłaś, że jakiś woreczek ucinasz i lejesz…?

A: No tak. Widziałam wiele propozycji, że najpierw robisz lukier, wsadzasz ten lukier do rękawa cukierniczego i ścinasz końcówkę. Cóż, tak niestety robi się za duże dziurki, dlatego ja preferuję najpierw obciąć. Ach no i nie stosuję do tego rękawa. Szkoda mi ich. Najpierw więc robiłam z takich małych jednorazowych woreczków. Ale wpadłam na pomysł, że takie na mrożonki są bardziej wytrzymałe, „twardsze”, przez co lepiej się ich używa. No i najlepszy sposób wkładania do nich lukru – wkładasz woreczek do kubka/szklanki, zawijasz o nią końce, tak żeby się nie pobrudziły i voilá! ;) wyciskanie na ciastka, to już kwestia wprawy. Istotna jest gęstość lukru – jak jest za rzadki to nic z nim nie zrobisz, będzie płynął. Jak jest za gęsty, to sobie co najwyżej możesz bezę upiec ;P

P: Ten lukier wygląda tak cudownie, jak Ty go robisz?

A: Białko i cukier puder :) czasem dodaję cukru waniliowego domowej roboty (do pojemnika z cukrem dokładam zużyte kawałki wanilii, cóż za zapach!). jeśli chcę osiągnąć jakiś inny niż biały kolor – używam barwników, albo np. kakao. Taki lukier jest wydajny – zużywasz go na wiele pierniczków. Można go spokojnie przechować w lodówce – jeśli zrobi się zbyt płynny dodać cukru, a jak zbyt gęsty odrobiny wody albo soku z cytryny. Ew jakiegoś ekstraktu. Zazwyczaj proporcje to jedno białko na jedną szklankę cukru pudru. Trzeba jednak pamiętać, że czasem to za mało, a czasem za dużo – zależy to od wielkości jajka. Białko trzeba ubić na sztywno po czym dodać cukier. Ubić aż nie będzie grudek (strasznie przeszkadzają we wzorkach i „chrupią” w zębach ;P). jak dodaje się kakao albo płynne barwniki czy ekstrakty trzeba dodać więcej cukru, bo robi się płynne. Ja dodawałam sproszkowane barwniki i nic takiego się nie działo, ale przy kakao to płynie natychmiast.

P: Czy trzeba się bardzo spieszyć z dekorowaniem, bo przecież to zastyga?

A: Nie, spokojnie, ale należy uważać, bo jeśli zrobisz błąd, to nawet jak „zdejmiesz” lukier z ciastka, to zostanie ślad. Zastyga szybko, ale na pierniczku, za to w woreczku/rękawie/czym chcesz pozostaje płynne. Jeśli zostawisz dekorowanie na chwilę, to ta dziurka którą wyciskasz lukier może faktycznie zaschnąć, bo pewnie jest już upaćkana. Wtedy po prostu trzeba wyczyścić zaschniętą dziurkę i można dekorować dalej.



P: Ale te choinki wyglądają jak cała masa roboty. Dawaj tutorial.

A: Najpierw oczywiście upiekłam pierniczki powycinane w odpowiedniej wielkości gwiazdki - 2 dolne piętra mają bardzo podobną wielkość, najlepiej do tego mieć zestawy po ok. 5 gwiazdek (mój największy ma 3). Po upieczeniu trzeba dać im wystygnąć. Potem dekorowałam każde piętro po kolei, zaczynając od dolnego, na jego środek kładąc dodatkowo nieco lukru żeby skleić piętra. Po przyklejeniu 2 piętra dekorowałam je, na środek lukru, na to piętro 3 itd. Na koniec położyłam małą gwiazdkę nie od zestawu, nalałam lukru na nią i dałam troszeczkę zastygnąć, wtedy wbijałam pionowo taką samą, małą gwiazdkę. Kiedy wszystkie podeschły zostało mi trochę lukru, więc pokapałam na te małe, pionowo stojące gwiazdki. I tyle ;) Starałam się, żeby każda choinka była inna i potem na świątecznym stole przy każdym nakryciu była inna. Jednakże chciałam też, żeby wszystkie "pary" miały podobny "motyw" na choinkach - np dziadkowie mieli śnieżynki, ciocia z wujkiem kreski, moi rodzice (jak określiła to mama) "greckie" wzorki, a ja i mój brat mieliśmy kropki (ponieważ on jest tym dużym, to on miał te większe kropki ;P). Moja kuzynka dostała hashtagi - chciałam jej zrobić jakieś matematyczne wzory, ale sama podpowiedziałaś mi te hashtagi. Pamiętasz?

P: Podpowiedziałam, bo lubię Twittera. :) No i chciałaś fajny, prosty wzorek, a hasze spełniają ten warunek idealnie.

A: Hah, tak spełniają :) ale już myślałam że nie wyjdą ;) generalnie jestem zadowolona z efektu.


P: Ja te choiny wręcz pożeram wzrokiem, ale nie śmiałabym ich zjeść... choć muszą być bardzo, bardzo mniamuśne!

A: Pierniczki mają to do siebie, że ich termin przydatności do spożycia jest baardzo długi, więc jeszcze zdążysz zjeść ;P


Wspomniane wcześniej całe blachy pierniczków pojawią się jeszcze jutro, bo jest ich dużo ;D Oczywiście nie będę zamęczać wszystkimi, które poczyniłam, tylko niektórymi, głównie takimi... nietypowymi ;) Pojawi się też przepis na pierniczki ;)